STARTUJ Z NAMI   |   DODAJ NAS DO ULUBIONYCH
Wiesia Wojciechowicz. Wspomnienia z wyprawy Peru Boliwia
 
Queridos amigos, Minęła połowa kwietnia, a ja już po urlopie - duży ból. Ale wyprawa była wspaniała! Wylądowaliśmy w Limie, gdzie spędziliśmy tylko jeden dzień spacerując po Plaza de Armas, zwiedzając katedry, kościoły, uliczki. Kosztem muzeów odwiedziłam Centrum Medycyny Andyjskiej spotykając się z o. Szeligą, mieszkającym w Peru od 60 lat! (wizyta b. owocna).Następną noc spędziliśmy w Pisco (hotel z basenem!!!), skąd rano wyruszyliśmy na wyspy Ballestras, słusznie nazwanymi peruwiańskimi Galapagos. Okazało się , że filmy przyrodnicze nie kłamią: flamingi, foczki i małe pingwinki żyją tam w gigantycznych stadach wygrzewając się swobodnie na słońcu. Podziwialiśmy cuda stworzone przez przyrodę w rezerwacie Paracas. W Nazca, niewielkim miasteczku (ok. 400 km od Limy) z lotu ptaka obserwowaliśmy słynne petroglify. Niemiecką matematyczkę Marię Reiche urzekły do tego stopnia, ze postanowiła poświęcić im cale życie. Wielkość i sposób wykonania linii mogłaby wskazywać na to ,że ludzie z Nazca umieli łatać?!!!!! Jest wiele teorii na ten temat. Ale naprawdę widziałam je z samolotu! I jeszcze cmentarzysko w Chauchilla - zmumifikowane ludzkie szczątki siedzące w kucki , z częścią inwentarza. W Arequipie, dużym i eleganckim mieście spędziliśmy więcej czasu wyjeżdżając do Chivay ( gorące baseny, folklorystyczny wieczorek, dyskoteka - miejscowych sztuk 4, ale świetna muzyczka, południowo-karaibskie rytmy!, ubawiłam się!) i do Kanionu Colca na obserwacje kondorów. Zrozumialy powagę sytuacji i wdzięcznie pozowaly do zdjęć i filmów, sesja nader udana. Przyroda porażająca, majestatyczne góry stwarzają nastrój spokoju i refleksji. Opuszczając to miejsce miałam łzy w oczach i wcale się tego nie wstydzę. Objawów choroby wysokościowej brak. Nocna podróż autobusem do Puno była koszmarna ze względu na dojmujące zimno w naszym uroczym pojeździe, który nawet raz! się zepsuł (a śpiwory jechały swobodnie rozgoszczone w luku bagażowym!). Gorący rosół postawił mnie na nogi. Pływające wyspy Uros na jez. Titicaca to skansen, ale chulpas w Sillustani? nieopodal Puno są monumentalne i kryją wiele tajemnic....To urocze miejsce i zafascynowało mnie. Potężne kamienne walce (mieszkańcy Ameryki nie znali przecież koła!) pozbawione były jakiegokolwiek wejścia. Jedyny dostęp wiódł od góry. Czy to kolejny dowód na to , że istoty żyjące w przeszłości nad jez. Titicaca potrafiły latać?!!! My niestety nie. Dlatego musieliśmy przepłynąć Titicacę (8 godz.), aby dostać się do Boliwii - droga zablokowana przez hodowców lam, alpak a może i wikunii. Zatrzymaliśmy się w Copacabanie, boliwijska Częstochowa. Tam poznaliśmy siłę naszych pieniędzy! Super żarcie, gigantyczne porcje za b. przystępną cenę. Nazajutrz wybraliśmy się na wyspę Słońca z kompleksem archeologicznych ruin i przecudnymi widokami. Potem przejechaliśmy przez La Paz (położenie na wysokościach robi wrażenie, soroche - brak) do Coroico - kurortu położonego w strefie tropikalnej. Widok z hotelowego tarasu zapiera dech w piersiach; wycieczka do wodospadów poprzez poletka na których uprawia się cocę; bufet, basen, wypoczynek, dyskoteki z sympatyczną grupą boliwijsko-peruwianskich "artystów"( piwo, coca, trawa). Coca no es droga. Na kolację, pyszna "francuska" lama - przejdzie do historii przeżyć kulinarnych. Potem wróciliśmy do La Paz, gdzie plątaliśmy się po dzielnicy turystycznej, tzw. targu czarownic, dolinie księżycowej. Część osób podjęła zamiar udania się nad słone jeziora i do Potosi. Niestety Indianie blokujący drogę udaremnili tę eskapadę. Należało zmienić plany. Pojechaliśmy przez Altiplano do Sabayi. Tu zaczęła się największa jazda! Miasteczko wyludnione, mieszkańcy zastraszeni, na szlaku cocainowym Bolivia - Chile. Bez przygód, ale były emocjonujące chwile. Byliśmy nad słonym jeziorem samochodem burmistrza wioski prawie pod granicą chilijską. Był pomysł powrotu przez Chile, ale zabrakło nam 1 dnia. Wróciliśmy tą samą drogą poznając w autobusie człowieka- tatuaż (wszystkie odkryte cz. ciała w barwne wzory i kolory; lubi krakersy- zjadł mi jednego). Z La Paz ( oczywiście jeszcze nocny klub jazzowy) do Cuzco folklorystycznym autobusem z miejscowymi "mrówkami przygranicznymi" i jajami (doświadczyłam na odzieży; no, ne nada). Cuzco przepiękne i cała święta Dolina Inków, góry , Urubamba, ruiny inkaskich budowli np. Ollantaytambo i in. Potem odbyłam treking z noclegiem w schronisku w pobliżu malowniczych ruin Winaywayna w grupie polsko - argentyńskiej szlakiem Inków aż do Machu Picchu, gdzie spędziłam b. mile chwile. Pokonując schody Inków do Aqua Calientes (8 km) już ledwo powłóczyłam nogami, pomogło piwko i kąpiel w gorących źródłach. Ostatni dzień naszego pobytu spędziliśmy w dzielnicy Miraflores w Limie, luzik, kąpiele w oceanie, restauracja, zakupy, sympatycznie. Jeszcze tylko szczegółowa kontrola na lotnisku w Amsterdamie (wyglądam na przemytniczkę?:)) i to co miłe szybko się kończy.
 
Adios Peru-Bolivia y hasta proxima.
Wiesława Wojciechowicz - Olsztyn 600 260 271 ppuolkom@wp.pl


© 2005 Wszystkie prawa zastrzeżone.

Design mccrash.info